Wspomnienia szkolne i uniwersyteckie Johna of Dycalpa (ks. Pіacyda Jankowskiego)

Urywek z pami?tnika pisanego
dla w?asnych dzieci 1886 r.

Szko?y ?wis?ockie. — Szko?y Brzeskie. — Uwagi o szko?ach zakonnych. — G?ówne Seminarium Wile?skie. — Koledzy: lgnacy Kosowicz, Tomasz Dobszewicz, Ignacy Ho?owi?ski. — Profesorowie: K??giewicz, Bobrowski, Skidell, Sosnowski, Fija?kowski, Dowgird, Capelli, Münnich, Leon Borowski, ?ukowski, Oczapowski. — Regenci Seminarium: Herburt, Markiewicz. Kaznodzieje: Borowski, Trynkowski i G?sowski.

Pocz?tkowe nauki odebra?em w domu pod przewodnictwem ojca. Za doj?ciem do lat o?mu oddany zosta?em do szkó? w ?wis?oczy, gdzie brat mój ko?czy? ju? gimnazyalne nauki. Nieszcz??ciem, nie mog?em by? w tych wybornych szko?ach d?u?ej nad rok jeden, gdy? Jan, po uko?czeniu szkó?, wyjecha? do Uniwersytetu, a rodzicom moim ze wszystkich innych wzgl?dów dogodniej by?o oddawa? mi? do Brze?cia, trzykro? od ?wis?oczy bli?szego, i w którym szko?y liczy?y si? te? na stopniu gimnazjum. Sko?czy?em wi?c nauki szkolne w Brze?ciu, lecz po pi?ciu latach, w ci?gu których, jak brzmia?y swiadectwa nauczycieli, uczy?em si? dobrze, nie odnios?em ?adnej innej rzeczywistej korzy?ci, prócz tej tylko, ?e podros?em; s?awne misistis vitulum, remittimus vobis bovem* , mog?o zastosowa? si? do mnie w ca?ej mocy. Z tym wszystkim nie zbywa?o mi na poj?tno?ci i mog? odda? sobie to ?wiadectwo, ?e nauka nie by?a dla mnie ci??arem. Lecz nie korzystniej ko?czy?y si? trudy i tych, którzy wi?cej mieli ode mnie zdolno?ci i usilniejszej dok?adali pracy. Widoczna wi?c, ?e nie by?a tu wina na stronie ucz?cych si? wy??cznie, i teraz mocniej jeszcze utwierdzam si? w tym przekonaniu. Zapewne, ?e wi?cej ni?eli chwalebnem jest po?wiecenie si? zgromadze? zakonnych, trudni?cych si? wychowaniem m?odzie?y; lecz dopóki utrzymywane pod kierunkiem tych zgromadze? zak?ady szkolne wyj?te by?y z pod bezpo?redniej wiedzy uniwersytetu, potrzeba by?o nader szcz??liwego zbiegu okoliczno?ci, a?eby dosi?ga?y swojego celu. G?ówn? w tej mierze przeszkod? by? niedostatek dobrych nauczycieli, nie ?eby zakonom zbywa?o na ludziach pe?nych zdolno?ci i chwalebnych ch??i, lecz, ?e ludzie tego rodzaju nader krótko pracowali w zawodzie naukowym i post?powali zwykle na za¬konne urz?dy. Tak nazwane nowicjaty, chocia? utrzymywane po wi?kszej cz??ci pod sterem ludzi bieg?ych i zas?u?onych, nie zaradza?y bynajmniej temu niedostatkowi, gdy? ogranicza?y si? pospolicie kursami teologii i filozofii; cel ich zatem by? wi?cej zakonny, ni?eli naukowy. Gdy nakoniec zwierz¬chno?? zakonna, ulegaj?c jawnej potrzebie, zacz??a posy?a? swoj? m?odzie? do uniwersytetu na nauki ?wieckie, zjawi?a si? nowa niedogodno??, która przetrwa?a a? do ostatniej reformy szkó? zakonnych. Nie mówi? tu o krótko?ci czasu, na jaki posy?ano m?odych zakonników do uniwersytetu, gdy? to mo?e by? usprawiedliwione rych?? potrzeb? za¬pe?nienia posad nauczycielskich, i nie zupe?nie jeszcze naówczas pokonanym przes?dem zgroma¬dze? zakonnych przeciwko uniwersytetowi; nie my¬?l? tak?e powtarza? zarzutu zbytniej ?atwo?ci, z jak? pocz?tkowo udzielano zakonnikom stopni uczonych, gdy? ?atwo?? ta jeszcze lepiej daje si? usprawiedliwi?, i zmniejszaj?c si? z ka?dym rokiem, przynios?a z czasem dobre owoce: mówie tu o nadu¬?yciu, które nie pierwej usta?o, a? w?adza miano¬wania i prszemiany nauczycieli zosta?a odj?t? Prowincja?om. Trudno wypowiedzie?, jak zgubnemi by?y skutki tego nadu?ycia dla wzrostu szkó? klasz¬tornych; nie przes?dzaj?c s?uszno?ci skarg w?adz zakonnych, i? wychodz?cy z uniwersytetu cz?sto zaniedbywali ustawy i unikali karno?ci, ani te? przypisuj?c tych skarg zadawnionej niech?ci i przes?dowi ku uniwersytetom, nie mo?na zaprzeczy?, i? obediencjc, odrywaj?ce od obowi?zków nauczycieli, lub przeznaczaj?ce im do wyk?adu takie przedmio¬ty naukowe, do jakich zgo?a nie byli usposobieni, najgorsze wyda?y skutki. Przemiany te, b?d? mia?y na celu przypomnienie ustawy nieograniczonego pos?usze?stwa, b?d? upokorzenie zarozumia?ych i udowodnienie im tej niew?tpliwej prawdy, i? sto¬pie? uniwersytecki nie udziela bynajmniej daru wszeehwiedno?ci; zawsze jednak by?y z?em straszliwym, na które patrzyli?my w?asnymi oczyma.

Rok 1825 p?dzi?em napró?no Nieszcz??ciem pró?nowanie nie tyle jest z?em samo przez si?, ile ze swoich przyrodzonych skutków. Jest to urodzajna niwa nagannych na?ogów, i plony tej niwy, jak o?ywione snopy niwy Jakuba, które k?ania?y si? we ?nie patriarsze Józefowi, same id? do r?ki w?a¬?ciciela.

W r. 1826, nie bez przeszkód, jakie mi stawia? wiek i ma?e przysposobienie, zosta?em wys?any do G?ó¬wnego Seminarium. Przyj?cie do tego zak?adu powinienem uwa?a? za szczególne szcz??cie. Czci¬godny starzec, profesor uniwersytetu i kapelan Seminarium, Dowgird, zasadzaj?c si? wi?cej na pra¬wid?ach fizjonomiki, ni?eli na moich odpowie¬dziach, da? zdanie, ?e mog? si? uczy?, i na jego s?owo zosta?em przyj?ty. Pierwszy rok nauk uni¬wersyteckich, jak zwykle, by? dla mnie najci??¬szym. W nast?pnych latach, nie zaniedbuj?c nauk przepisanych, mog?em ju? swobodnie po?wi?¬ci? si? czytaniu takich ksi?g, które mia?y dla mnie szczególny powab: to by?y umowy literackie. Je?eli z nich odnios?em jak? korzy??, powiedzie? mog? bez zarozumialo??i i niewdzi?czno?ci ku nauczycielom, ?e winienem to sobie samemu. G?ówne Seminarium by?o bez w?tpienia jednym z zak?adów najlepiej urz?dzonych w Europie, lecz co go czyni?o takim, to niew?tpliwie wyborna biblioteka miejscowa, wolny wst?p do uniwersyteckiej.

W uniwersytecie bowiem nie to, co w szko?ach; wi?¬cej w nim zale?a od zdolno?ci, pracy i ch?ci ucz?cych si?, ni?eli od najlepszych nauczycieli. ?miem nawet utrzymywa?, ?e mierni nauczyciele nie przeszka¬dzaj? bynajmniej, aby uniwersytet by? uniwersyte¬tem, i przynosi? zbawienne dla o?wiaty owoce. Ludzie genialni zawsze s? rzadkimi, a dar wyk?a¬du pod?ug natchnienia nale?y dzi? prawie do za¬traconych poda?. G?ówna korzy?? uniwersytetów za¬sadza si? wi?c zawsze na tem, i? zgromadzona na je¬dnym miejscu i przenikniona potrzeb? nauki m?odzie?, mo?e porównywa? swoje zdolno?ci, po?wi?ca? si? wy??cznie nauce upodobanej, i rozprzestrzenia? zakres swoich wiadomo?ci z my?l? o ca?ym jego ogromie. Ucz?cym si? znajome ju? s? dobrze po¬budki do zami?owania nauk i niepyszniеnia si? z post?pów; dla mistrza pozostaje wi?c tylko przed¬stawi? obecny stan nauki i wskaza? pomoce do jej g??bszego poznania. Takie? s? w?a?nie warunki ksi??ki elementarnej, i dla tego nie waham si? po¬wtórzy? raz jeszcze, i? wp?yw uniwersytetów nie zale?nym jest od nauczycieli.

Mo?na ?y? d?ugo w jakimkolwiek wielkim mie?cie i opu?ci? je, nie zaci?gn?wszy s?odkich zwi?zków przyja?ni. Lecz opuszcza? po kilku la¬tach zak?ad naukowy, nie unosz?c z sob? uczu? szacunku i szczególniejszego przywi?zania ku ktoremukolwiek z towarzyszy, jest to niew?tpliwym dowodem ska?onego i niezdolnego do przyja?ni ser¬ca. W zak?adach duchownych jaka? podejrzliwa boja??, której nawet nie umiem naznaczy? przy¬czyny, powoduje zwierzchników do zapatrywania si? niech?tnym okiem na ?ci?lejsze zwi?zki pomi?¬dzy m?odzie??, i dlatego zak?ady te nie s? s?awne z przyja?ni. By? mo?e, i? dzieje si? to wskutek myl-nego mniemania, ?e przyja?? przeciwi si? chrze?ci¬ja?skiej powszechnej mi?o?ci bli?niego. Szcz??ciem przes?d ten, od którego (prawda ka?e mi to wy¬zna?) nie zawsze byli wolnymi prze?o?eni G?ó¬wnego Seminarium, nie mia? ?adnego wp?ywu na uczniów tego instytutu. Przyk?ady przyja?ni szlachetnej, opartej na podobie?stwie uczu?, sk?onno?ci, i na wzajemnym szacunku, nigdy nie by?y rzadkiemi w tym wybornym zak?adzie, i czas okaza?, ?e urojone obawy by?y czym? niew?a?ciwym.

Chcia?bym, kochane dziatki, aby?cie dzieli?y uczucia waszego ojca dla tych, którzy z nim w Se-minarium Wile?ski?m szczer? po??czeni byli przy¬ja?ni?. Napomkn? tu o tych tylko, z którymi od roku 1830 ju? si? nie widzia?em, i których Bóg wie, czy mi zobaczy? przyjdzie. Kossowicz Ignacy (ro¬dem z powiatu Brac?awskiego) w przeci?gu czteroletniego po?ycia by? dla mnie bratem w zupe?nym tego wyrazu znaczeniu. Posiada on najlepsze serce, jakiego tylko mo?na ??da?, dusz? szlachetn?, nie¬przyst?pn? ob?udzie, wyobra?ni? nader ?yw?, i czysty rozs?dek. Obdarzony pi?knymi zdolno¬?ciami i po?wi?caj?cy si? naukom z zapa?em, uczy¬ni? on w nich w krótkim przeci?gu czasu post?py zadziwiaj?ce. Lecz ta nieograniczona ??dza nauk i ?atwo??, jak? si? mu one u?ycza?y, przywiod?y go do lekkomy?lnego kroku. Jeszcze przed wyj?ciem z G?ównego Seminarium, powzi?? on my?l wyrze¬czenia si? prawa, naszemu obrz?dkowi s?u??cego, i pozostania bez?ennym, dla swobodniejszego odda¬nia si? naukom. By?o to bez w?tpienia postano¬wienie szlachetne i godne uwielbienia, lecz ja zna?em ognist? dusz? mojego przyjaciela i by?em przeko¬nanym o niepodobie?stwie tej my?li. Pomimo to, spe?ni? on j? zaraz po uko?czeniu Seminarium, i przyj?wszy stopnie duchowne, wyjecha? do Uni¬wersytetu Petersburskiego. Up?yn??o tym sposo¬bem trzy lata. W ci?gu ich Kossowicz coraz mniej i mniej rozwodzi? si? w swoich listach nad korzy¬?ciami ?ycia bez?ennego pod wzgl?dem naukowym, nakoniec w jednym z nich wyczyta?em odwo?anie wszystkich zarzutów przeciw stanowi ma??e?skie¬mu, przypisanie mi daru prorockiego i panegiryk jakiej? kobiety, któr? mój przyjaciel nazywa? swoj? ?on?. Poczatkowo wzi??em to wszystko za ?art, chocia? nie wiedzia?em, coby on znaczy?; lecz w kilka dni potem dowiedzia?em si? z pewnego ?ró¬d?a, ?e mój pojednany ze stanem ma??e?skim przy¬jaciel o?eni? si? doprawdy. Jak Dmóchwski, opu?ci? on stan duchowny, i dzi? jest nauczycielem gimnazyum w Kro?ach.*

Dobszewicz Tomasz (rodem ze ?mudzi). Pod wzgl?dem s?odyczy i jednostajno?ci temperamentu, mo?e si? z nim porówna? jeden tylko Maliszewski, o którym powiem potem. Z tym szcz??liwym usposo¬bieniem nie móg? on mie? nieprzyjació?, ani nawet niech?tnych; lubiono go powszechnie, i — aby si? nie i obesz?o bez ugryzka dla ?mudzi — nazywano anio?em-opiekunem swojej ojczyzny. W rzeczy samej, je?eli ju? nie widzimy nieprzyzwoito?ci w porówny¬waniu si? z anio?ami, imi? anio?a mog?oby przysta? Dobszewiczowi. Nie mia? on jednak tej zupe?nej nieczu?o?ci na umy?lne urazy i tego dobrowolnego i poddania si? cudzym rachubom, jakich zwykle wy¬maga si? w zamian za to nazwisko; lecz zda mi si?, i ?e nie s? to i cechy naszego podobie?stwa z duchami. Wyborny rozs?dek i szlachetna prostota, to charakterystyczne rysy Dobszewicza. Takim jest on w swoich listach i takim by?by w pismach, je?li kiedy jakie og?osi. Nic milszego nad jego styl p?ynny, naturalny i, co jest prawie bajecznym w ?mudzinie, prawdziwie polski. Kochany mój Dobszewicz jest sekretarzem przy Biskupie Zmudzkim. Do miejsca tego przywi?zanymi by?y niegdy? liczne skargi, a teraz mi?o mi jest s?ysze? oddawane przyjacielowi mojemu pochwa?y.

Распечатать Распечатать

Комментирование закрыто.